sobota, 29 grudnia 2012

My cats

Pamiętam, że gdy byłam małym dzieckiem, to nieszczególnie przepadałam za kotami. Były mi obojętne i tyle. Wszystko się zmieniło, gdy do naszego domu przybłąkał się Miaumiautuś (tak, wiem, niezbyt fajne imię ;) ). Zaopiekowałam się tym wrednym, pasożytującym kotem. ;) Przychodził do domu tylko pojeść, a potem szybko zmykał na dwór. Tylko od czasu do czasu sypiał z godzinę czy dwie na parapecie. O jakimkolwiek głaskaniu nie było mowy. Miaumiautuś już niestety nie żyje, pewnie poległ w jakieś walce o seksowną kocicę.

Jakiś rok później przybłąkała się do nas Frania. Z początku tata się nie godził na drugiego kota w domu, więc trzymałam ją w kotłowni. Zaczęłam ją jednak stopniowo wpuszczać do domu, najpierw na pół godziny, później na godzinę i tak dalej, aż przyzwyczaiła się do nas (a rodzice przyzwyczaili się do niej :P ). Polubił ją także Miaumiautuś. Wywiązał się między nimi krótki romans, którego owocem jest Iza. ;)

Iza (często nazywana też Klopsem z racji swojego wieku) będąc jeszcze malutkim kociakiem, zachowywała się spokojnie, nie szarpała się, tylko całymi godzinami piła mleko. Tak zostało jej do dziś. Waży 4,5 kg i za nic w świecie nie mogę jej odchudzić. Za każdym razem daję jej mniej porcji niż innym kotom, ale co z tego jak im podjada, kiedy wie, że nie patrzę? Taka spryciula z niej. I oczywiście wykorzystuje dobre serce mojej babci. Ja, kiedy nakładam jej porcję karmy, to do drugiej komory miski nalewam trochę mleka, aby mogła sobie popić te jedzenie. Moja babcia dolewa jej tyle, mleka, aż Iza sama przestaje prosić o kolejną dokładkę, czyli jakieś pół godziny później. ;) Niestety wygląda wtedy już jak wielki pączek...

Kolejną w kolejności kotką jest Holly. Jest córką Frani, czyli siostrą Izy (że tak ujmę to po ludzku ;) ). Ma niezwykle łagodne usposobienie. Nigdy nie spotkałam się z tym, aby kogoś specjalnie podrapała czy powarczała. Taka mała kochana czarnula. ;)

30 dni po urodzeniu się Holly na świat przyszła Antosia, córka Izy. Nie odwróciła się główką w stronę "wyjścia", tylko tylnymi łapakami, za które później w czasie porodu musiałam ciągnąć. To był trudny poród i dla Izy, i dla Antosi. Po porodzie nie wykazywała żadnych czynności życiowych. Kociak, który urodził się przed nią, o ile w ogóle można tak powiedzieć, urodził się w jeszcze gorszym stanie. W tym miocie były tylko one, więc żal mi było Izy, która rozpaczliwie je lizała. Antosia jednak po kilku minutach zaczęła oddychać, ten pierwszy kot niestety nie przeżył. 

Tosia i Holly, jak były jeszcze malutkie. Wtedy były takie grzeczniutkie, a teraz każda z każdą koty by darły. :P

Holly i Tosia. Obecne na zdjęciu maskotki są prezentami z lat dzieciństwa i szkoda mi je wyrzucać. Zwłaszcza tego pieska z okiem z plasteliny. ;)

Iza i Holly

Tosia

Frania, która ma aspiracje do bycia magikiem. ;) Na parterzeTosia.


środa, 26 grudnia 2012

Wypad do Łeby

Drugiego dnia świąt pojechałam wraz z rodziną do Łeby pospacerować i odetchnąć po dwóch dniach obżarstwa i spotkań rodzinnych. ;) Mieliśmy wielkie szczęście, bo pogoda dopisywała. Dzisiaj padało prawie przez cały dzień oprócz tej godziny spędzonej na plaży. A plaże są nie tylko piękne podczas lata. W inne pory roku są wyludnione (przynajmniej u mnie), a niebo, szum wiatru i ten spokój tworzą niesamowity klimat. ;)

Wejście do hotelu Neptun; po lewej jest droga prowadząca na plażę.


Hotel Neptun, który ma za sobą dość burzliwą historię. Został wybudowany w 1907 roku.



Piaski wyrzeźbione przez fale morskie. Dosyć fajny efekt. ;)




wtorek, 25 grudnia 2012

Prezent

Moja babcia już w południe Bożego Narodzenia mawia: "Święta, święta i po świętach". ;) W tym roku jeszcze nie usłyszałam od niej takiego stwierdzenia, ale gdyby powiedziała, że Wigilia już się skończyła, niestety przyznałabym jej rację. Co do samej Wigilii - jedna z najlepszych w moim życiu. Co prawda odbyła się tylko w pięcioosobowym gronie, ale atmosfera była miła, dania były pyszne, a prezenty każdemu przypadły do gustu. W tym roku naszła mnie taka nostalgia - czy przyszłoroczną Wigilię spędzimy w takim samym gronie, w takich samych nastrojach, czy nadal będziemy mieć zdrowie... Dlatego staram się doceniać te piękne chwile, które dzieją się tu i teraz. Mają o wiele większą wartość niż pieniądze, modne ciuchy czy markowe kosmetyki.

Przejdę do nieco przyjemniejszych rzeczy, czyli do prezentów. ;) W tym roku nie miałam niespodzianki. Dostałam to, o co poprosiłam, czyli "Hobbita" i "Władcę Pierścieni" J.R.R. Tolkiena. Uwielbiam ten jego magiczny świat, który wykreował i po przeczytaniu we wrześniu "Hobbita" i pierwszej części LOTRa zapragnęłam właśnie tę trylogię na Gwiazdkę. Postanowiłam nie psuć sobie tej przyjemności i zaprzestałam czytanie właśnie na "Drużynie Pierścienia" aż do dzisiaj. ;)


Powoli już zapełniam tę półkę. ;) Na marginesie - "Zmierzch" dostałam w ubiegłą Gwiazdkę (ten prezent był niespodzianką i przyznam trochę, że dziś już nietrafiony, bo mania na te książki minęła mi rok temu ;D ), a "Millennium" w tym roku na moje urodziny. Tu też, jak w przypadku LOTRa, obyło się bez niespodzianki. :)

sobota, 22 grudnia 2012

My favourites films

Przedstawiam listę moich ulubionych filmów. Nie ma w niej ani jednej komedii (również romantycznej) czy horroru, bo takowych filmów po prostu nie oglądam. Te pierwsze zdarza mi się obejrzeć kilka razy w roku wraz z rodziną czy koleżankami. Ale sama nigdy się do nich nie zmuszę. ;) Uważam, że w tych filmach nie ma nic odkrywczego, tylko stale przewija się fabuła: "jest dobrze-jest źle-znowu jest dobrze". Oczywiście są nieliczne wyjątki, jak "Lepiej być nie może", ale to tylko wyjątek potwierdzający regułę. ;) Co do horrorów - kiedyś lubiłam i oglądałam. Ale skutecznie przestałam po seansie obrazu "Egzorcyzmy Emily Rose". Po prostu przy innych horrorach w strasznych momentach tłumaczyłam sobie: "To tylko film. To nigdy nie działo się tak naprawdę". W przypadku tamtego dzieła już nie mogłam tak powiedzieć. ;) 

1. Kill Bill vol.1
Ten film można kochać albo nienawidzić. Mnie jednak się spodobał. Szczególnie jestem pod wrażeniem muzyki i efektów specjalnych. Do tego cała ta otoczka orientu. Dla mnie po prostu fenomen.



2. The Departed (Infiltracja)
Lubię przede wszystkim właśnie takie filmy - z wątkiem przemocy, rozlewu krwi. Oglądając ten film ani przez minutę się nie nudziłam, bo ciągle trzymał mnie w napięciu. Genialnie skonstruowany film genialnego reżysera. I do tego niezła obsada aktorska - z Leonardem di Caprio w roli głównej. ;)



3. Pulp Fiction
Kolejny film w moim rankingu Quentina Tarantino. Co ja zrobię, że po prostu jestem zauroczona jego filmami w większym lub mniejszym stopniu. ;) Ale ten film to klasyk kinematografii. Tym dziełem ugruntował swoją pozycję w Hollywood. I słusznie.


4. Léon (Leon zawodowiec)
Luc Besson stworzył niesamowicie dobry film. Do sukcesu tego obrazu przyłożyli się również aktorzy, którzy stworzyli specyficzne i wiarygodne reakcje. Z pozoru morderca i nałogowe picie mleka wzajemnie się wykluczają, ale w wykonaniu Reno daje to całkiem prawdziwy obraz. Wielki plus również dla Natalie Portman, która mimo swojego ówczesnego wieku zagrała jak dojrzała aktorka. Ona, Jean Reno i Gary Oldman stworzyli piękny, wręcz magiczny film.


5. Fight Club (Podziemny krąg)
Film może nie jest aż tak dobry, jak wyżej wymienione, ale ten urzekł mnie fabułą i obsadą aktorską (tak, tak, Brad Pitt i Edward Norton w jednym filmie ;) ). Scena końcowa spodobała mi się najbardziej. Po prostu piękna.




W założeniu chciałam przedstawić piątkę swoich najbardziej ulubionych filmów, ale jest jeszcze parę, które mi się podobają, a o nich nie wspomniałam: "Lord of the Rings", "Body of lies", "The Street Hooligans", Natural Born Killers", "Wściekłe psy", "Gran Torino", "The Dark Knight", "Inception" i "Enemy ath the Gates".

piątek, 21 grudnia 2012

"A Winter's Tale"

Zima w zeszłym roku nas nie rozpieszczała. W kalendarzu widniał grudzień, a pogoda wskazywała wręcz na jesień. Boże Narodzenie też obyło się bez śniegu, dlatego miałam nadzieję, że w tym roku spadnie choć trochę śniegu na święta. No i spadł - tyle że o dwa tygodnie za wcześnie. I już zdążył stopnieć. ;) No cóż, takie czasy. Zima w maju, a jesień w grudniu. ;D


Fred



Fred razem z Eltonem na spacerze ;)




niedziela, 16 grudnia 2012

Merry Christmas!

Mam wrażenie, jakby wczoraj był dopiero 1. września. Jest jednak 16. grudnia, a ja nie mogę wyjść z podziwu, jak ten czas szybko leci. Kiedy byłam dzieckiem, życie toczyło się powoli, czułam się, jakbym nigdy nie miała dorosnąć. Dziś toczy się ono w szalonym tempie, ani się nie obejrzę, a skończę liceum. ;)

Podobnie ze świętami. Będąc dzieckiem niesamowicie przeżywałam święta. Cieszyłam się ze względu na śnieg, narodziny Jezusa (tak, tak! ;)), wolne od szkoły i oczywiście prezenty. A dziś? Chyba tylko ze względu na wolne dni. W zeszłym roku praktycznie nie czułam magii świąt, dlatego w tym staram się to zmienić. Zauważyłam też szczególną wartość obecności bliskich mi osób przy wigilijnym stole. Eh, dorastam. ;)




W świąteczną atmosferę staram się wprowadzać m.in. przez piosenki. Kiedyś mało co obchodziły mnie zagraniczne piosenki w stylu "Jingle bells" czy "Last Christmas". Teraz słucham ich nałogowo, szczególnie tę ostatnią. Dopiero w tym roku obejrzałam po raz pierwszy teledysk do niej i muszę przyznać, że mnie zauroczył. ;) 


niedziela, 15 lipca 2012

Moje książki

Nie mam zamiaru chwalić się swoimi książkami, by pochwalić się, że jestem inteligentna, oczytana i że czytam książki z najwyższej półki, bo tak oczywiście nie jest. ;) Nie imponują także swoją ilością, bo jest ich mało. Powód jest trywialny: po prostu chcę je pokazać. ;)

W 6. klasie i na początku gimnazjum pochłaniałam kilka książek tygodniowo. Oczywiście prawie wszystkie były miłosne. ;) Całe to czytanie zaczęło się od "Plotkary". Pamiętam, że założyłam sobie nawet zeszyt, w którym zapisywałam wypożyczone lektury, bo czasami oddawałam książki do innej biblioteki. Dopiero po przeczytaniu "Zmierzchu" (tak, tak, też miałam na niego fazę) nieco przystopowałam.

Z każdym kolejnym rokiem coraz mniej czytałam, bo nie starczało mi już czasu. W 3. klasie gimnazjum nie przeczytałam chyba ani jednej pozycji. Ponowny raz sięgnęłam po książkę w ubiegłe Boże Narodzenie. Tak, tak, to był "Harry Potter i Kamień filozoficzny"! ;) Dalsze części czytałam w ferie i majówkę, a niedawno skończyłam ostatnie dwie części. Teraz jestem przy "Millenium". I muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś lepszego. Książka tylko w kilku fragmentach mnie wciągnęła, poza nimi wręcz zmuszałam się do czytania. Zobaczę, może druga i trzecia część będą ciekawsze. A w kolejce już szykują się "Władca pierścieni", "Cień wiatru" Zafóna i "Wiedźmin". ;)


Gdy w podstawówce dostawałam stypendium za dobre wyniki w nauce, to nie kupowałam nic innego, jak książki. Nie dość, że dostawałam od szkoły, to jeszcze dokładałam od siebie. ;) Najbardziej cenną tutaj książką jest dla mnie  "Kolory wojny" ("The colors of war"). Kupiłam ją na pchlim targu za psie pieniądze, a jest naprawdę świetna. Ukazane są w niej fotografie zrobione podczas wojny, które poddano obróbce i w rezultacie są teraz kolorowe. Piękne. Ah, znalazł tu się jeszcze "Zmierzch". Mama sprawiła mi te książki pod Gwiazdkę, gdy moja fascynacja nimi minęła, niemniej jednak i tak się ucieszyłam. ;)





Książka "Powstanie warszawskie 1944", które zawiera dokumenty z przesłuchań, kilka słowników, encyklopedii, dwa tomiki wierszy (poezja Herberta i K.I. Gałczyńskiego), przewodnik turystyczny (wygrany w konkursie ortograficznym ;)) i atlas świata. A, jest jeszcze książka, której nie pokazałam od strony grzbietu. Przedstawia ona ilustracje "wyciętych kotów". Kocury różnych ras są przedstawione na białym tle w dziwnych pozycjach. Dosyć śmieszna. ;) 



Jak byłam mała, to mama kupowała "Dzienniki Bałtycki", do którego były dołączane te książki i później czytała mi je do snu. Ah, dzieciństwo! ;)



Zdjęcie koszmarnej jakości. ;) Te książki również były kupowane razem z "Dziennikiem Bałtyckim", ale mama już nie czytała mi "na dobranoc". ;) Biorę je do ręki raz na jakiś czas, gdy są mi potrzebne do szkoły. Niestety, nie mam aż takich ambicji, by je czytać w innych okolicznościach. ;)

PS Przeprasza za jakość powyższych zdjęć. Książki leżą jeszcze na podłodze (wynik przeprowadzki) i ciężko było mi manewrować aparatem. ;)

wtorek, 10 lipca 2012

Blogerki

To było dwa lata temu. Właśnie zaczynały się wakacje, a ja się potwornie nudziłam. Więc szperałam po internecie. Wtedy znalazłam blogi (wszystkie modowe z wyjątkiem jednego), które do dziś czytam (Charlize-mystery, The Adamant Wanderer etc.) Wcześniej śledziłam tylko bloga Fashionelki (a znalazłam ją na Pudelku). Na początku wszystko ładnie, pięknie, nie mogłam się doczekać nowych wpisów. Ale po jakimś czasie wcześniejszy entuzjazm opadł, pozostało tylko czytanie nowych wpisów z przyzwyczajenia. I tak jest do dziś.

Hm, może napiszę, co nie podoba mi się konkretnie w polskich blogach, żeby nie pozostać gołosłowną:
- Stały motyw. Jeżeli jedna ze sławniejszych blogerek w Polsce ubierze spodnie w kwiaty, to kilka dni później wchodząc na kilka dowolnych stron można już zauważyć stylizację z takowymi spodniami. Rozumiem, gdy jest akurat trend na, załóżmy, pepitkę i milion dziewczyn pokazuje się w żakietach, bluzkach czy choćby rajstopach w taki wzór. Ale nie rozumiem trendu, gdy ten wzór obejmuje tylko jedną część garderoby. Wszystkie polskie dziewczyny wyglądają wtedy tak samo. Przykłady: wspomniane spodnie w kwiaty, kosmiczne legginsy, szorty w amerykańską flagę, spódnicę w aztecki wzór etc.

www.charlize-mystery.blogspot.com

Stylizacja spódnica w azteckie wzory - sweterk h&m, spódnica
www.nie--ma.blogspot.com

- Jedzenie. Denerwuje mnie pokazywanie na fanpage'u swojego jedzenia, szczególnie w taki sposób, jaki serwuje nam Karo. Rozumiem, może być w jakiejś kawiarni, ciastko jej zasmakowało, więc robi zdjęcie i je wrzuca. To samo z ciastem. Udało jej się samej zrobić dobry wypiek, więc nim się chwali. Ale po co mi zdjęcie jej obiadu. Żebym co? Pozazdrościła jej, bo nie dość, że posiłek jest ładnie oprawiony (eleganckie serwetki, wychuchane sztućce, jakieś kwiatuszki w wazoniku), to składa się z potraw, których pewnie nigdy nie zjem. Mi od razu wtedy ślinka cieknie, bo przeważnie mój obiad składa się z ziemniaków, schabowego i surówki z kapusty. ;) Jestem niemal pewna, że nie takie są jej intencje, ale wychodzi, jak wychodzi. Mam po prostu wrażenie, że chce byśmy mieli wrażenie, że jej życie jest idealne, piękne i eleganckie. Nie wiem, może się mylę.


www.charlize-mystery.blogspot.com

- Bylejakość bloga. Głównie mi chodzi tutaj o Fashionelkę. Jej teksty są proste, kilkuzdaniowe, infantylne. O interpunkcji nawet nie wspominam. Stylizacje nie dość, że są rzadko publikowane, to zwykłe i przeciętne, zero oryginalności. No i ta reklama. Aż razi po oczach.

- Mentalność. Hm, ostatnio rozbawiło mnie nazwanie Polaków "polaczkami" przez Charlize. Zamiast po prostu przeprosić, napisała, że to zdrobnienie od "Polaków". Choć nijak to pasowało do zdania, w którym użyła tego słowa. Odnoszę wrażenie, że blogerki myślą, iż wspięły się na wyższą drabinę społeczną. Każde krytyczne słowo uznają za "hejt" (ostatnio bardzo popularne słowo ;)), więc usuwają takie wpisy. Jakby należałoby je tylko wychwalać pod niebiosa. A, zapomniałabym o konstruktywnej krytyce. Ale na ten temat może nie będę pisała.

Mogłabym wymienić jeszcze z kilka takich cech, ale uznałam, że nie ma sensu, bo się ze sobą zazębiają. Te, które mi pierwsze do głowy przyszły, wymieniłam i na tym poprzestaję. ;)